• Slider 396
  • Slider 407
  • Slider 410
  • Slider 390
  • Slider 369
  • Slider 408
  • Slider 406
  • Slider 395
  • Slider 108

Wywiad z reżyserem filmu KOCHANKA SZAMOTY

Wywiad z reżyserem filmu KOCHANKA SZAMOTY, Adamem Uryniakiem. Pokaz specjalny filmu odbędzie się drugiego dnia Festiwalu Kina Niezależnego CK OFF, 26 maja o godzinie 20:45.

 

Masz na swoim koncie pracę przy kilkunastu filmach. Jesteś scenarzystą, reżyserem, aktorem, pracujesz przy montażu… Która z tych funkcji jest Ci najbliższa, jest dla Ciebie najważniejsza, z którą najbardziej się utożsamiasz?

Co prawda najczęściej pracuję jako montażysta, ale jeśli miałbym wybierać funkcję, z którą się utożsamiam to byłaby to zdecydowanie reżyseria. Aktorem bym się nie nazwał, bo po pierwsze - nigdy to nie przekroczyło poziomu pół amatorskiego, a po drugie - od bardzo dawna nie grałem w żadnym filmie.

 

W Przemyślu - 26 maja - zobaczymy KOCHANKĘ SZAMOTY. Jak bliska jest Ci stylistyka gatunku, który określa się mianem horroru gotyckiego, opowieści grozy, bo właśnie do takiego gatunku przynależy Twój film, którego scenariusz powstał na podstawie opowiadania Stefana Grabińskiego?

Horrory lubiłem od zawsze. Gdy byłem w szkole podstawowej, miałem zeszyt, do którego wklejałem wycięte z gazet omówienia filmów grozy. Horrory mnie fascynowały i tworzyłem sobie taką papierową bazę danych. Lata minęły, ale zamiłowanie zostało. Szczególnie lubię tę odmianę, którą nazywa się „gotycką”, a to dlatego że w tego rodzaju opowieściach najważniejszy jest klimat wszechogarniającej tajemnicy, który po prostu uwielbiam. Może zostało we w mnie coś z małego chłopca.

 

Kadr z filmu


Dlaczego wybór padł akurat na to konkretne opowiadanie, co o tym zadecydowało?

„Kochanka Szamoty” jest najbardziej znanym utworem Grabińskiego, albo przynajmniej jednym z najlepiej znanych. W moim przekonaniu także najlepszym. Sięgnąłem po tego autora, bo chciałem, żeby mój film był mocno osadzony w polskiej tradycji. Myślę, że swoją rolę odegrał także fakt, że ten tekst był już raz w Polsce ekranizowany, w 1927 roku, ale kopia filmu zaginęła. Mam poczucie, że teraz w jakimś stopniu przywracamy ten film.

 

Muszę Cię pochwalić, bo film urzeka zdjęciami, barwami, ale także dźwiękiem. Podkreślam szczególnie ten ostatni element, bo bardzo często jest tak, że oglądając polski film widz narzeka na to, że nie jest w stanie zrozumieć słów wypowiadanych przez polskich aktorów. Dykcja – to jedno, ale realizacja dźwięku też jest bardzo ważna. Pod tymi względami Kochanka Szamoty wygrywa z wieloma innymi produkcjami. I nie sposób nie zwrócić uwagi na dźwięki np. odgłosu kroków... Naprawdę o to zadbaliście!

Dziękuję. Stanisław Najmiec - człowiek odpowiedzialny nie tylko za dźwięk, ale i muzykę – spędził nad filmem długie miesiące, dopieszczając każdy szczegół. Cieszę się, że teraz ta praca procentuje. Wielu ludzi bardzo chwali dźwięk w naszym filmie i ja się pod tą opinią podpisuję obiema rękami.

 

Kadr z filmu


Czy czujesz to, że horror jest w naszym kraju gatunkiem popularnym? Widzowie z chęcią odwiedzają kina, gdy na ekranach króluje kolejna część Piły, Obecności, Annabelle… Jednocześnie można stwierdzić, że horror w historii polskiego kina nie jest gatunkiem, za który twórcy często się zabierają… Jak myślisz, dlaczego? Przecież, żeby nakręcić dobry film grozy nie musimy od razu sięgać po najdroższe efekty specjalne, hektolitry sztucznej krwi… Można postawić na klimat, atmosferę, na niedopowiedzenia…

Polskie kino w ogóle zawsze było na bakier z filmami gatunkowymi – może poza komedią i filmem gangsterskim. Powstaje sporo krótkometrażowych filmów inspirowanych szeroko rozumianą fantastyką, ale w pełnym metrażu to rzadkość. W przeszłości bywały okresy, kiedy pojawiało się takich filmów więcej – przełom lat 60. i 70. i potem w połowie lat  80., ale jakoś nigdy polski horror nie mógł na dłużej zagościć w kinach. Było to na pewno po części związane z autorskim zacięciem polskich filmowców. Twórcy chcieli robić kino artystyczne, społeczne, polityczne, a filmy grozy są najczęściej taką ekranową pulpą, która nie przynosi wielkiego splendoru twórcom.

 

Znasz cykl Poe według Cormana? Nie twierdzę, że KOCHANKA SZAMOTY jest tym samym, ale przyznaję, że kilka razy o filmach, w których zagrał Vincent Price, pomyślałem, gdy oglądałem Twoje dzieło…

Bardzo dobrze, że wspominasz o tym cyklu, bo „Zagłada domu Usherów” była jedną z naszych głównych referencji. Pierwszy raz obejrzałem ten film w 1993 roku i zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Ten niesamowity klimat zagrożenia i tajemnicy na długo pozostał w mojej pamięci. W filmie Cormana mroczne zamczysko jest jednym z bohaterów filmu. Widz ma uczucie, że dom żyje, obserwuje akcję, a także wpływa na losy postaci. Bardzo zależało mi na podobnym efekcie w „Kochance Szamoty”.

 

Kadr z filmu


Jak wspominasz pracę nad filmem? Wydarzyło się na planie coś szczególnego, tajemniczego, coś do czego będzie można we wspomnieniach wracać i traktować to w formie legendy, anegdoty? Wiesz, mam na myśli takie sytuacje, gdy pracuje się na planie horroru i rzeczywistość nagle staje się równie tajemnicza i przerażająca, jak treść filmu… Może jakieś duchy, porwania dla okupu, przedmioty znikające w tajemniczy sposób, rachunki za dostawę pizzy opiewające na 666 zł? (śmiech)

Muszę Cię rozczarować. W gruncie rzeczy na planie nie zdarzyło się nic niesamowitego. Mieliśmy dokładny plan, którego się trzymaliśmy. Wszystko było dobrze przygotowane i zaplanowane. Przeżyliśmy 27 zwykłych dni zdjęciowych. Ponieważ zdjęcia odbywały się w lecie, momentami było wręcz sielsko. Ekipa w przerwach opalała się, ktoś grał w piłkę, ktoś inny jeździł na hulajnodze. Byliśmy bardzo daleko od duchów i koszmarów.

 

Czy KOCHANKA SZAMOTY powstałaby bez pomocy platformy finansowania społecznościowego?

Kampania crowdfundingowa bardzo pomogła na etapie preprodukcyjnym. Dzięki niej zbudowaliśmy stronę, zdobyliśmy jakieś tam zainteresowanie, ktoś o nas usłyszał. Pieniądze uzyskane z akcji to było mniej niż 10% całego budżetu, Myślę, że film powstałby i bez nich, ale sama akcja dała nam sporo energii, która była potrzeba zwłaszcza na samym początku.

 

Zdjęcie z planu (autor Maciej Król)


Jak długo pracowałeś nad skompletowaniem obsady? Nie bez powodu pytam o to, bo na uwagę zasługuje również gra aktorska, nie tylko ta w wykonaniu Jana Peszka czy Tadeusza Łomnickiego… Świetni są Michał Chołka, Marcin Sianko, Małgosia Kowalska znakomicie wpasowała się w postać Jadwigi. Przyznajcie się, łobuzy, ilu z Was straciło głowę dla Małgorzaty?

Chyba nie ma osoby, która by pozostała obojętna w stosunku do Małgorzaty. Kompletowanie obsady zacząłem właśnie od niej. Gdy tylko zobaczyłem ją pierwszy raz, wiedziałem, że to ona musi być Jadwigą. Na resztę obsady zeszło mi trochę czasu. Od początku wiedziałem, że w filmie zagra Michał Chołka, z którym zrobiłem moje dwa ostatnie filmy. Także z Tadeuszem Łomnickiem pracowałem już wcześniej. Jako ostatni do obsady dołączył Szamota – czyli Marcin Sianko – widziałem go w teatrze w inscenizacji „W mrocznym mrocznym domu” Neila LaBute’a i jego rola zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

 

Ale należy też wspomnieć o innym bohaterze tego filmu. Mam na myśli budynek, w którym toczy się spora część filmu. Gdzie kręciliście KOCHANKĘ SZAMOTY, co to za miejsce, czy musieliście coś dobudować, zburzyć, zmienić…?

Filmowa Różowola to tak naprawdę sześć różnych lokacji. W Polsce jest bardzo dużo tego rodzaju miejsc – pałace i dwory są w co drugiej miejscowości. Problem w tym, że większość z nich jest albo dokumentnie zdewastowana, albo wyremontowana na błysk. Dużo czasu spędziliśmy na poszukiwaniach odpowiedniej lokacji. Ostatecznie musieliśmy się zdecydować na małe oszustwo. W jednym miejscu nakręciliśmy korytarze, w innym komnaty, jeszcze inne dostarczyło nam plenerów. Ostatecznie jestem bardzo zadowolony z rezultatu, ale w trakcie poszukiwań parokrotnie ogarniało mnie zwątpienie.

 

Film, o którym rozmawiamy, został ostatnio nagrodzony poza granicami naszego kraju. Ile ten obraz ma na swoim koncie nagród, pochwal się.

„Kochanka Szamoty” zdobyła nagrodę dla najlepszego filmu na festiwalu w San Jose na Kostaryce, a także Platinum Remi Award dla krótkometrażowego horroru na WordFest, w Houston. Film był też pokazywany na festiwalach w Dubuque (USA), w Bangkoku i Madrycie. W tej chwili na świecie są tysiące festiwali, więc nie są to jakieś niespotykane osiągnięcia, ale mam nadzieję, że festiwalowy żywot tego filmu jeszcze trochę potrwa.

 

Zdjęcie z planu (autor Maciej Król)


Czy KOCHANKA SZAMOTY wejdzie do normalnej dystrybucji? Jest na to szansa? Jakie warunki trzeba spełniać, by film znalazł się w katalogu poważnego dystrybutora? Czy np. 45 minut, bo tyle trwa KOCHANKA SZAMOTY, nie jest przeszkodą?

45 minut jest dużą przeszkodą. Film na pewno nie wejdzie do dystrybucji kinowej, bo taki format po prostu nie istnieje. Być może dałoby się go połączyć z innym podobnym filmem w taki „double feature show”, wtedy kto wie, ale na razie na nic takiego się nie zanosi. Staramy się, żeby film trafiał na festiwale, potem może uda się go pokazać w jakiejś telewizji.

 

Twoje ulubione horrory to? Czy czekasz na nową SUSPIRIĘ?

Bardzo lubię oryginalną „Suspirię”, więc na remake czekam raczej z niepokojem. Wydaje mi się, że nic dobrego z tego nie wyjdzie, ale kto wie. Moje ulubione horrory to „Lśnienie” Kubricka, „W kleszczach lęku” Jacka Claytona, „Zagłada domu Usherów” Cormana, pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych. Bardzo cenię kilka nakręconych w ostatnich latach filmów, które dały dużo świeżej energii gatunkowi – „Czarownica” Roberta Eggersa, „Babadook” Jennifer Kent i „It follows” Davida Mitchella.

 

Dziękuję za poświęcony czas i do zobaczenia w Przemyślu!

Do zobaczenia!

 

Rozmawiał Piotr Bałajan

Copyright © 2018 Centrum Kulturalne w Przemyślu | Wszelkie prawa zastrzeżone